niedziela, 14 lutego 2016

Bieganie do pracy

Biegacz amator nie ma łatwego życia. Jeśli chcę pobiec maraton poniżej 3 godzin, powinienem zwiększyć kilometraż do 90 – 100 km tygodniowo. Jak pogodzić to z pracą i codziennym życiem? To trudne, trzeba szukać jakiegoś kompromisowego rozwiązania. Z początkiem lutego zacząłem więc biegać do pracy. Z domu do pracy mam około 12,50 km, co w obie strony daje 25 km, a jeśli jeszcze dołożę do tego tzw. trening właściwy (najczęściej rytmy), który wykonuję w drodze powrotnej, to mam około 30 km. I tak dwa razy w tygodniu. Dzięki temu mam 60 km, zostaje jeszcze 40 km, które powinienem wybiegać na pozostałych trzech treningach. Z tym nie ma problemu. Bieganie do pracy pozwoliło mi zwiększyć objętość kilometrową, a jednocześnie zaoszczędzić czas, a także pieniądze, gdyż pokonuję trasę na nogach a nie samochodem. Sprytne J

Trasę z domu do pracy mam całkiem przyjemną. Biegnę Saską Kępą, Mostem Poniatowskiego, Powiślem, dalej Polami Mokotowskimi, ulicą Banacha, skręcam w Grójecką, następnie Bakalarska, Łopuszańska i już jestem w pracy. Cała trasa zajmuje mi ok. 1 godz 10 min. Wygląda to tak:


Jakie będą tego efekty? Przekonam się za niecałe dwa miesiące. Maraton w Rotterdamie zbliża się wielkimi krokami.

Z cyklu podróże. Właśnie wracam z Krakowa. Wyrwałem się z Warszawy na weekend. Wczoraj spacerowałem po Startym Mieście, a dziś zwiedzałem słynną Kopalnie Soli w Wieliczce. Przez blisko 3 godziny pokonałem kilkaset schodów i kilka kilometrów podziemnych korytarzy, poznając ciekawą historię kopalni i podziwiając solne rzeźby i wykopaliska.


Oczywiście nie obyło się bez porannego biegania. Wstałem po 7.00 i we mgle przebiegłem 14 km wzdłuż Wisły. Kraków ma całkiem niezłe warunki do biegania, trzeba będzie przyjechać tu kiedyś na jakieś zawody. 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Weekend w COS Cetniewo

W zeszłorocznym Biegnij Warszawo męska ekipa Allianz Running Team zajęła pierwsze miejsce w klasyfikacji drużynowej. W nagrodę otrzymaliśmy od organizatora biegu voucher na weekendowy pobyt w jednym z ośrodków COS. Długo zastanawialiśmy się którą lokalizację wybrać, ostatecznie zdecydowaliśmy się na Ośrodek Przygotowań Olimpijski Cetniewo. Ośrodek znajduje się we Władysławowie, tuż przy plaży. Na 19ha zlokalizowane są różne obiekty sportowe, m.in. stadion lekkoatletyczny, boisko piłkarskie, boisko wielofunkcyjne, kryta pływalnia i inne. Tu naprawdę można poczuć sportowego ducha.

Z Warszawy wyruszyliśmy w piątek do południa i po ponad pięciu godzinach jazdy samochodem dotarliśmy na miejsce. Rozlokowaliśmy się w pokojach i ruszyliśmy na pierwszy trening. Zrobiliśmy 8 km rozbiegania, potem lekka rozgrzewka, a na koniec mocne minutówki. Ostatnie z nich biegaliśmy w tempie 3.15. Po treningu zaliczyliśmy jeszcze basen. 

Piątkowy trening był wprowadzeniem do sobotnich wyczynów. Zamierzaliśmy przebiec 30km. Po sobotnim śniadaniu poleżeliśmy w łóżkach przez półtorej godziny, żeby wszystko ładnie ułożyło się w brzuchach i o godz. 10.30 ruszyliśmy na długie wybieganie. Za trasę obraliśmy niebieski szlak prowadzący z Władysławowa do Jastrzębiej Góry. Nie obyło się bez przygód, gdyż po pierwszych kilometrach zgubiliśmy się. Szybko jednak wróciliśmy na szlak. Przez pierwsze 10 km trasa była bardziej spacerowa niż biegowa, kilka razy biegliśmy odcinkami plaży, wspinaliśmy się schodami na klif, trochę biegliśmy lasem. Na tym etapie średnie tempo oscylowało wokół 5.40, więc była to bardzo spokojna praca tlenowa. W takim tempie dobiegliśmy do słynnego kamienia w Jastrzębiej Górze, który wyznacza najbardziej wysunięty na północ punkt polskiej granicy. Stamtąd wróciliśmy wzdłuż drogi łączącej Jastrzębią Górę z Władysławowem. Ten odcinek biegłem już szybciej, w średnim tempie 5.05. Z Władysławowa pobiegliśmy w kierunku Półwyspu Helskiego. Na trzeciej dziesiątce mocno przyspieszyłem, ostatnie 3 km biegłem w tempie zbliżonym do 4.30. Dzięki takiemu rozłożeniu prędkości wyszedł mi idealny bieg z narastającą prędkością. Zmęczony, ale zadowolony dotarłem do ośrodka. Szybki prysznic, obiad i dwugodzinna drzemka. Po odpoczynku poszliśmy jeszcze na basen. O dziwo pływało mi się bardzo lekko, do tego spędziłem kwadrans w jacuzzi. Po tak intensywnym dniu sen zmorzył mnie szybko i krótko po 22.00 byłem już w łóżku. Zawsze gdy jestem nad Bałtykiem śpię rewelacyjnie. To pewnie efekt zmęczenia po treningu, ale z pewnością też świeżego, pełnego jodu powietrza.

W porównaniu z sobotnią 30tką, niedzielny trening to była pestka. Dzień był piękny, zrobiło się ciepło, świeciło słońce. Bałtyk w takiej zimowo – wiosennej scenerii wygląda niesamowicie.  Pobiegliśmy w kierunku Helu, zrobiliśmy 8 km rozbiegania, elementy, a na koniec rytmy 10x100m. Przebieżki robiliśmy w porcie we Władysławowie, wśród rybackich kutrów. Smacznym obiadem w stołówce Ośrodka zakończyliśmy nasz biegowy weekend.

Bardzo lubię takie wypady, szczególnie jeśli mogę je spędzić wśród przyjaciół z którymi nadaję na podobnych falach. Narzucamy sobie jakiś rygor, chcemy potrenować, wykorzystać czas na przygotowania do zaplanowanych biegów. Nikt z tym nie dyskutuje, nikt się nie wyłamuje. Dzięki takiej dyscyplinie i założeniom trenujemy efektywnie, dążymy do naszych celów, ale też znajdujemy czas na wieczorne pogaduchy przy piwie. Oby więcej takich wyjazdów.


COS Cetniewo zdecydowanie polecam. Ośrodek oferuje profesjonalne zaplecze sportowe, a po ciężkim treningu można pójść na pływalnie lub skorzystać z odnowy biologicznej. Pokoje są schludne, a jedzenie zdrowe i smaczne. Całość dopełnia piękne położenie nad Bałtykiem i malownicze szlaki i trasy w kierunku Helu lub Jastrzębiej Góry. 





niedziela, 31 stycznia 2016

Plany na 2016 rok

Wydawałoby się, że zima to okres w którym biegacze jak niedźwiedzie zapadają w sen zimowy. Nic bardziej mylnego. Zimowe miesiące, to okres intensywnych przygotowań do wiosennych startów. Stara biegowa zasada mówi, że ten kto przepracuje zimę, na wiosnę zbiera tego efekty w postaci nowych rekordów.

W tym roku postawiłem przed sobą dwa główne cele – pobiec maraton poniżej trzech godzin, a w półmaratonie złamać 1:20. Oba cele są w zasięgu moich możliwości. Zeszłoroczny Orlen Warsaw Marathon przebiegłem w czasie 03:00:40, a zatem do złamania trzech godzin pozostało 41 sekund. Jednakże mój apetyt jest trochę większy. Trener sugeruje, że powinienem zaatakować 2:50:00. Nie ma co ukrywać, to bardzo ambitny cel.  Zobaczymy jak ułożą się treningi. Maraton biegnę 10 kwietnia w Rotterdamie. Bieg ten niewątpliwie sprzyja biciu rekordów, trasa jest płaska, pogoda najczęściej odpowiednia, choć Rotterdam leży nad morzem, więc może trochę wiać. Dużym atutem jest też atmosfera biegu i mocny doping.

Na trzy tygodnie przed maratonem chcę wystartować w PZU Gdynia Półmaraton. Będzie to swoiste przetarcie przed królewskim dystansem. Moja życiówka w półmaratonie to 01:21:36, ustanowiłem ją w zeszłorocznym BMW Półmaratonie Praskim. W Gdyni raczej nie będę biegł na czas poniżej 1:20, biciu rekordów nie sprzyja trasa ze sporymi przewyższeniami. Może uda mi się zbliżyć do 01:21. Na półmaratonie skupię się w drugiej połowie roku. Tradycyjnie będę chciał pobiec BMW Półmaraton Praski i tu powalczę o czas poniżej 1:20. Trasa biegu zazwyczaj jest płaska, jedynym mankamentem może być upał, tak jak to było w zeszłym roku.

W 2016r będę chciał również poprawić swój czas na dystansie 10 km. Moja życiówka to 36:59, którą ustanowiłem na Biegu Powstania Warszawskiego, przy wymagającej trasie i w deszczu. Chciałbym zbliżyć się do 35 min.

Z egzotycznych biegów, na zakończenie sezonu, 23 października pobiegnę półmaraton w indyjskim mieście Bengaluru. To trzecia co do wielkości indyjska metropolia, położona w południowej części półwyspu. Podobnie jak zeszłoroczny półmaraton w Hawanie, bieg w Bengaluru będzie dla mnie niezwykłą przygodą i wielkim przeżyciem. Nie znam jeszcze bliższych danych dotyczących tej imprezy, jedno jest pewne, będzie gorąco, więc nie liczę na jakiś spektakularny wynik, choć różnie bywa. Być może niesiony indyjską muzyką, rodem z Bollywood, przekroczę metę z super czasem.

Tak w zarysie wyglądają moje plany na ten rok. W porównaniu do 2015r postanowiłem ograniczyć ilość startów, do tych kilku najważniejszych, a skupić się na treningach. Poza tym muszę pamiętać o regeneracji. Po starcie w zawodach zamierzam każdorazowo dawać mojemu organizmowi kilka dni na odpoczynek i dojście do siebie.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wspomnienia z półmaratonu w Hawanie

Mijają dwa miesiące od moich wakacji na Kubie. W długie, zimowe wieczory często wracam myślami na tę piękną wyspę, do tętniącej życiem Hawany, pięknych krajobrazów, słonecznych plaż i niezwykle przyjaznych ludzi. Kuba mnie urzekła i na długo pozostanie w mojej pamięci.

Od lat wyjazd na Kubę był moim marzeniem. Pamiętam, gdy na początku zeszłego roku znalazłem w internecie informację na temat maratonu w Hawanie, nie zastanawiałem się długo i zapisałem się na bieg. Była to spontaniczna decyzja. Niewiele wiedziałem o Kubie, nie miałem biletów lotniczych, nic nie było zorganizowane. Udział w maratonie był pretekstem do dłuższego pobytu na Kubie, zamierzałem spędzić tam dwa tygodnie. Nie chciałem jechać z biurem podróży, lubię wyprawy organizowane na własną rękę, jestem wtedy niezależny, ale przede wszystkim mam wyjątkową możliwość poznania nowych miejsc, obcowania z tubylcami, poznania innych kultur. Biletów szukałem przez kilka miesięcy. Niestety Kuba jest daleką i dość drogą destynacją, ostatecznie udało mi się kupić je w całkiem przyzwoitej cenie. Leciałem z Warszawy do Varadero z przesiadką w Toronto. Początkowo sądziłem, że w okresie dwóch tygodni uda mi się zobaczyć całą wyspę. Jednak Kuba jest na tyle duża, że większą część pobytu spędziłbym w podróży, przemieszczając się z jednego miejsca do drugiego, w pośpiechu, aby zaliczyć kolejny punkt z przewodnika. To nie miało sensu, zdecydowałem więc, że zobaczę zachodnią i środkową część wyspy. Zamierzałem zwiedzić Hawanę, następnie udać się na zachód do doliny Vinales, potem południe wyspy z obowiązkowym zwiedzaniem Trinidadu, a ostatnie dwa dni pobytu chciałem spędzić na pięknych plażach Varadero.

Niestety na kilka tygodni przed wylotem trochę się rozchorowałem. Przez miesiąc musiałem zażywać antybiotyk, co bardzo mnie osłabiło. Wiedziałem, że nie jestem w stanie pobiec maratonu, zdecydowałem przepisać się na półmaraton. Zamierzałem przebiec ten dystans na luzie, treningowo, podziwiając uroki Hawany.

11 listopada spakowałem wszystkie rzeczy do plecaka i ruszyłem w nieznane. To była moja pierwsza tak daleka podróż, do tego leciałem sam, dopiero po kilku dniach mieli do mnie dołączyć znajomi Kasia i Maciek. Po kilkunastu godzinach w podróży doleciałem do Varadero, skąd udałem się bezpośrednio do Hawany. Niestety na Kubę nie dotarł mój bagaż, było trochę zamieszania i uciążliwości, ale ostatecznie jakoś sobie z tym poradziłem.

W piątek po przylocie odebrałem pakiet na półmarton w Hotelu Melia Cohiba. Okazało się, że w imprezie brało udział ponad półtora tysiąca obcokrajowców. W skład pakietu wchodziła m.in. dobrej jakości koszulka termiczna Adidasa z zabawnym nadrukiem Marabana (to nazwa hawańskiego maratonu):
 

Bieg odbywał się w niedzielę 15 listopada. Z uwagi na wysoką temperaturę, start imprezy zaplanowano na godz. 7.00. Uczestnicy mogli wystartować na dystansie maratonu, półmaratonu oraz 10 km. Ja, podobnie jak większość biegaczy, startowałem w półmaratonie. Start i meta biegu zlokalizowane były tuż przy okazałym gmachy Kapitolu, następnie trasa biegła w kierunku Muzeum Rewolucji i dalej nad morze, przez kolejne 10 km prowadziła słynnym Maleconem aż do Hotelu Melia Cohiba, w którym odbierałem pakiet startowy. Następnie trasa prowadziła przez mieszkalne dzielnice Hawany, dalej w okolice Ogrodu Zoologicznego oraz Miasteczka Sportu, następnie nieopodal Placu Rewolucji skąd do mety było ok. 2 km. Maratończycy biegli dwa okrążenia, zaś półmaratończycy jedno. Trasa miała raczej płaski profil, choć zdarzały się niewielkie przewyższenia. Mimo to, z uwagi na wysoką temperaturę nie była to trasa na życiówkę. Gdy startowaliśmy o 7.00 temperatura wynosiła ok. 20°C, a gdy na metę wbiegali maratończycy, słupek rtęci zbliżał się do 30tej kreski… Do tego w nocy padał deszcz, więc było dość parno.

Jeśli ktoś ma ochotę się pościgać, to maraton, czy półmaraton w Hawanie nie jest najlepszym wyborem, ale jeśli chce się przeżyć fantastyczną przygodę, pobiegać w egzotycznym miejscu i zobaczyć miasto wyjątkowe, inne niż wszystkie, to jest to strzał w dziesiątkę.

Pod względem organizacyjnym i pod względem oprawy Marabana bardzo odstaje od europejskich imprez. Jeśli ktoś liczy na super organizację i wygody to nie polecam tego biegu. Należy pamiętać, że jesteśmy na Kubie, otacza nas zupełnie inna rzeczywistość, więc nie oczekujmy zbyt wiele. A zatem pakiet startowy był raczej skromny. Co ciekawe wraz z pakietem dostałem medal. Niezbyt mi się ten pomysł podobał, gdyż zawsze traktowałem medal jako swoiste trofeum, a tu taka niespodzianka. Nie było żadnego miasteczka biegowego, nie znalazłem depozytów i toalet, gwoli wyjaśnienia, nie szukałem ich nawet gdyż mieszkałem blisko startu. Na pewno na plus muszę zaliczyć dużą ilość punktów z wodą na trasie, co pozwalało uniknąć odwodnienia spowodowanego wysoką temperaturą. Mimo niedociągnięć organizacyjnych, udział w biegu był dla mnie tak dużą frajdą, że zupełnie nie zwracałem uwagi na niedogodności i brak tych wszystkich wygód, do których przywykłem, rozpieszczony przez organizatorów biegów w Polsce i w Europie.

Jeśli jesteś biegaczem, a do tego masz ochotę pojechać na Kubę, to warto polecieć tam w listopadzie i przy okazji wyjazdu pobiec w Marabanie. To fantastyczna przygoda, a jednocześnie możliwość zobaczenia Hawany, miasta innego i wyjątkowego pod każdym względem.

Podczas kolejnych dni mojej kubańskiej wyprawy biegałem raptem kilka razy. Byłem zmęczony po półmartonie i całym sezonie biegowym, do tego we znaki dawało się osłabienie spowodowane antybiotykiem. Zwyczajnie nie miałem ochoty na bieganie, potrzebowałem leniuchowania. Jednego dnia wraz z moim kumplem Maćkiem zrobiliśmy sobie przebieżkę z Playa Ancon do Trinidadu, było to jakieś 10 km po pagórkowatym terenie. Gdy dobiegaliśmy do Trinidadu, było już ciemno. Raczej odradzam bieganie po Kubie nocą, miejscowości są nieoświetlone, drogi i chodniki nierówne, a kierowcy nie zwracają specjalnie uwagi na pieszych. Kolejny raz biegaliśmy po plaży w Varadero. Wzbudzaliśmy żywe zainteresowanie Kubańczyków, widać było, że bieganie nie jest tam popularnym sportem. Sądzę, że wraz z rozwojem turystyki także i biegi przyciągną większą liczbę amatorów.

I jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Nie pisałem ponad dwa miesiące, nie czułem takiej potrzeby, a moje bieganie nie było tak intensywne jak w poprzednim sezonie. Potrzebowałem trochę luzu i odpoczynku od wymagających treningów. Biegałem wtedy, gdy miałem na to ochotę, tak dla czystej przyjemności. Czasami warto zrobić taką przerwę i wrócić z nowymi siłami.


O założeniach i planach na 2016r napiszę niebawem. 




poniedziałek, 26 października 2015

Półmaraton w Walencji

Siedzę na Plaza de la Virgen w Walencji, dookoła zabytki i podziwiający je turyści, ktoś gra na skrzypcach, w pobliskiej fontannie szumi woda, a ja postanowiłem napisać coś na bloga.

Do Walencji przyjechałem wraz z ekipą biegową w zeszłą środę. Jakiś czas temu zapisaliśmy się na tutejszy półmaraton, z uwagi na profil trasy, uważany za jeden z najszybszych biegów na tym dystansie. Zeszłoroczny rekord to 59:10. Początkowo również moim zamiarem było powalczyć o życiówkę, jednakże w związku ze spadkiem formy jaki mam ostatnio i dość marnym wynikiem z Biegnij Warszawo 38:43, postanowiłem, że podejdę do tego półmaratonu na luzie i pobiegnę go treningowo. Jak mówi Trener, ja już swoją pracę w tym sezonie wykonałem, więc teraz czas na odpoczynek i bieganie dla czystej przyjemności. I to był strzał w dziesiątkę.

XXV jubileuszowy półmaraton w Walencji odbywał się w niedzielę 18 października. Trasa tego biegu,  płaska jak stół, wiła się ulicami nowej i starej Walencji. Start i meta zlokalizowane były przy Marinie im. Króla Juana Carlosa, nieopodal plaży i portu. Pogoda była ładna, niebo lekko zachmurzone, ale dość wysoka temperatura, ponad 20°C, utrudniała bicie rekordów i ustanawianie nowych życiówek. Jednakże to nie był mój problem, gdyż tak jak pisałem wcześniej, zamierzałem biec treningowo.

Wystartowaliśmy o godz. 9.00. Początkowo na trasie panował spory ścisk, jednak już po kilometrze tłum biegaczy trochę się rozrzedził. Zaplanowałem, że będę biegł w spokojnym tempie 4.10. Po 2-3 kilometrach dogrzałem się i bieg stał się czystą przyjemnością, nogi same mnie niosły. Zwiedzałem Walencję. Stadion FC Valencia, Ciudad de las Ciencias i Artes, mosty nad korytem dawnej rzeki Turia i potem stara Walencja (Plaza de Ayuntamiento, dworzec Estacio Nord, Plaza de Torros). Na metę przybiegłem z czasem 1:27:19, więc jak na treningowe bieganie, całkiem nieźle. Świetnie się bawiłem. Po dość ciężkim sezonie potrzebowałem odskoczni, biegania na luzie i Walencja mi to dała.

Co do organizacji biegu, hmmm myślę, że polscy, rozpieszczeni biegacze byliby mocno zawiedzeni. Sądzę, że gdyby ta impreza odbywała się w Polsce, to profil organizatora aż huczałby od negatywnych wpisów i hejtów. No cóż, taka nasza natura. Miasteczko biegowe było skromne, dość słabo oznaczone. Mało toalet, tylko 3 punkty nawadniania na trasie. Medal też nie jakiś wyszukany. Na mecie biegacze otrzymywali torbę świeżych, soczystych mandarynek, co moim zdaniem było świetnym pomysłem. W końcu Walencja to region przepysznych cytrusów.

Mieszkańcy Walencji zgotowali biegaczom istną fiestę. Było mnóstwo kibiców, dopingujących okrzyków, bębny, zespoły, muzyka, to wszystko zagrzewało do biegu. Atmosfera to ogromy plus tej imprezy, niwelujący niedociągnięcia organizacyjne.

Polecam wszystkim półmaraton w Walencji. Przy odrobinie szczęścia, czytaj niskiej temperaturze, można tu zrobić życiówkę, bo trasa biegu jest rewelacyjna, lecz jego największym atutem jest panująca tu atmosfera i aplauz ze strony kibiców i mieszkańców. Warto przyjechać do Walencji i po prostu cieszyć się bieganiem.

Tyle o samym biegu. A co najbardziej zaskoczyło mnie w Walencji, patrząc z perspektywy biegacza? Przede wszystkim liczba biegających osób. Są ich tłumy, serio, nie przesadzam. Nie widziałem czegoś takiego. W kwietniu zeszłego roku zamieszczałem wpis o Jardin del Turia, pięknym ogrodzie w Walencji, który powstał w dawnym korycie rzeki Turia. W tymże ogrodzie dziesiątki ludzi biegają rano i wieczorem, mali i duzi, starzy i młodzi, ścigacze i biegacze rekreacyjni. W parku jest zdecydowanie więcej osób biegających niż spacerujących. Sam ogród jest istnym rajem dla biegaczy, od mojej zeszłorocznej wizyty w Walencji, w Jardin del Turia pojawiła się 5km szutrowa, ścieżka biegowa. Ścieżka ma specjalne oznakowanie, jest oświetlona i priorytet mają na niej osoby biegające. Dla mnie, rewelacja! Widać, że władze miasta stawiają na aktywny tryb życia mieszkańców, ci z kolei ochoczo z tego wsparcia korzystają. Warto też zaznaczyć, że poza świetną infrastrukturą biegową, w Walencji jest rozwinięty system ścieżek rowerowych, zauważyłem też kilka boisk piłkarskich, stadiony lekkoatletyczne, korty tenisowe i inne obiekty sportowe. Tylko brać przykład. 


Walencja , 20.10.2015r


sobota, 26 września 2015

Jak z tym Białymstokiem było...

Tydzień temu wystartowałem w piątej edycji Białystok Biega na dystansie 10 km. Liczyłem, że poprawię rezultat z Biegu Powstania Warszawskiego (36:59) i zejdę poniżej 37 minut. Mocno się przeliczyłem – białostocki bieg ukończyłem z czasem 38:30, grubo poniżej moich oczekiwań. Pobiegłem półtorej minuty gorzej niż pod koniec lipca w Warszawie, gdzie warunki pogodowe oraz trasa były znacznie trudniejsze niż w Białymstoku.

Już w trakcie rozgrzewki przed niedzielnym biegiem czułem, że coś jest nie tak. Przed zawodami działa adrenalina, odczuwa się chęć walki, pojawia się duch rywalizacji. Tym razem było zupełnie inaczej, czułem się słabo, najchętniej zamiast biec, pokibicowałbym innym. Jednak wystartowałem. Zamierzałem biec w tempie 3.40, co dawałoby mi ostateczny wynik 36:40. Przez pierwsze cztery kilometry trzymałem tempo, schodząc nawet lekko poniżej założonego celu. Problemy zaczęły się na lekkim, aczkolwiek dość długim podbiegu na ul. Świętojańskiej. Kompletnie opadłem z sił, odcięło mnie na tyle, że chciałem zejść z trasy… Tempo spadło do 4.06, inni biegacze zaczęli mnie wyprzedzać. Po pokonaniu podbiegu doszedłem do siebie, w punkcie nawadniania napiłem się wody i biegłem dalej. Nie udało mi się jednak powrócić do docelowego tempa i do mety biegłem spokojnie w okolicach 3.55.

Oczywiście, nie każdy bieg będzie się kończył życiówką i nie ma nad czym dramatyzować, jednakże staram się zrozumieć powód mojej niedyspozycji. Myślę, że jest on jeden i dość prozaiczny – zmęczenie. Przed Białymstokiem mocno trenowałem, a ze snem było różnie. Do tego od ponad roku nie byłem na dłuższym urlopie, a w pracy dużo zajęć i stres. Ostatnio gorzej sypiam, zdarzało mi się mocno pocić w nocy. Dwie noce przed Białymstokiem spałem po 6 godzin. Ponadto ja prowadziłem samochód w drodze na bieg. Niby to tylko 200 km, ale musiałem rano wstać i być skoncentrowany przez dwie i pół godziny. To wszystko zebrało się w jedno duże zmęczenie, które zaowocowało takim a nie innym rezultatem. A zatem jeśli biegasz, to spij jak najwięcej, bo sen to najlepszy sposób na regenerację. W szczególności na kilka dni przed zawodami trzeba się porządnie wyspać, to duży element sukcesu.


Jutro w Warszawie wielkie święto biegania – 37. PZU Maraton Warszawski, w tym samym czasie 42. Maraton Berliński. I tu i tam startują znajomi. Będę za nich mocno trzymał kciuki i będę kibicował na trasie warszawskiego maratonu. Zachęcam innych do tego samego. Podczas każdych zawodów, w szczególności w maratonie, okrzyk kogoś bliskiego, kumpla, a nawet nieznanej osoby, dodaje siły, uskrzydla, przez co możemy więcej, szybciej, mocniej, a meta coraz bliżej. A zatem po śniadaniu i porannej kawie wyjdźmy na ulicę i wesprzyjmy maratończyków. 

W zeszłym roku startowałem w Berlinie, tam całe miasto żyje maratonem, na trasie biegaczy dopingują dziesiątki tysięcy ludzi. W Warszawie niestety ciągle jest inaczej, wprawdzie kibiców z roku na rok przybywa, ale ciągle słychać narzekania, że biegają, że blokują miasto, że hałasują. Liczę, że z czasem to się zmieni, że maraton nie będzie tylko świętem dla biegaczy, ale dla większości Warszawiaków. 

A poniżej zdjęcie białostockiej ekipy:


niedziela, 30 sierpnia 2015

BMW Półmaraton Praski

Druga edycja BMW Półmaratonu Praskiego przechodzi do historii. Zwyciężył Marcin Chabowski z czasem 01:03:52, najszybszą z kobiet okazała się Kenijka Cheboi Gladys Jerotich (01:15:52). Warto też wspomnieć, iż w biegu brała udział Wanda Panfil, mistrzyni olimpijska z Tokio na dystansie maratonu. Nasza złota medalistka przekroczyła metę z czasem 01:32:00.

Zacznę od dużych pochwał dla organizatorów BMW Półmaratonu Praskiego. Ten bieg naprawdę był świetnie zorganizowany! Miasteczko biegowe funkcjonowało bez zarzutu, było dobrze oznakowane, dużo toalet, dobrze wymierzona i oznaczona trasa, dużo punktów nawadniania, kurtyny wodne, tak ważne podczas dzisiejszej pogody, muzyka, ładne medale, długo by wymieniać. Wszystko dopięte na ostatni guzik, organizatorzy innych biegów mogą brać przykład. Bardzo dobrym pomysłem, było usytuowanie miasteczka biegowego w Parku Skaryszewskim, dzięki czemu impreza miała charakter rodzinnego pikniku. Mnóstwo ludzi odpoczywało pod cieniem drzew i świętowało swój biegowy sukces. W tak upalny dzień przebywanie np. na Błoniach Stadionu Narodowego byłoby raczej mało przyjemne. Mówiąc krótko, impreza na wysokim poziomie.

Teraz kilka słów odnośnie mojego startu. Postawiłem sobie wysoką poprzeczkę i chciałem złamać 1:20. Chyba był to zbyt ambitny cel. Podczas marcowego PZU Półmaratonu Warszawskiego osiągnąłem czas 01:21:51. Na tym poziomie, dla amatora poprawienie się o blisko 2 min, to dużo. Dzisiejszy bieg ukończyłem z czasem 01:21:36, a zatem progres o 15 sekund. Niby życiówka, ale niedosyty pozostaje… Analizując przebieg biegu kilometr po kilometrze stwierdzam, że do 17 km szło mi całkiem dobrze, średnie tempo wahało się między 3.45 a 3.50, problemy zaczęły się na wysokości Mostu Świętokrzyskiego, przed podbiegiem na wiadukcie przy Porcie Praskim, tu zaczęło mnie odcinać. Podbieg, zbieg, nawrotka, znów podbieg i zbieg. Czułem, że tracę siły. Upał stawał się nieznośny. Tempo spadło powyżej 4.00. Na 20 km, zaraz za punktem nawadniania, musiałem się zatrzymać na kilka sekund. Przestałem patrzeć na zegarek, balonik z napisem 1:20 oddalił się, wiedziałem, że 1:20 już nie złamię. Otrząsnąłem się, zebrałem w sobie i ruszyłem, postanowiłem ratować to co do tej pory wypracowałem. Udało mi się zejść poniżej 4.00. W końcu dobiegłem do Zielenieckiej, stamtąd do mety było już blisko.

Co się stało? Myślę, że tak jak już wspomniałem cel był zbyt ambitny. Powinienem przyjąć metodę robienia postępów mniejszymi krokami. A zatem w kolejnym półmaratonie walczę aby złamać 1:21, a o 1:20 pomyślę w przyszłym roku. Drugi czynnik to niewątpliwie pogoda. Na starcie, o 8.45 temperatura była jeszcze znośna, ale słupek rtęci szybko szedł w górę, kiedy zaczęła się prawdziwa walka było gorąco. No ale cóż, na warunki pogodowe nie mamy wpływu. Trzecia sprawa, sądzę, że powinienem bardziej wypocząć przed biegiem.

Każdy bieg to nowe doświadczenia. Jestem o nie bogatszy. Wykorzystam je w dalszej pracy. To wszystko jeszcze bardziej mnie motywuje.


Co niezwykle mnie cieszy, to rezultaty jakie moja drużyna osiągnęła w kategorii firmowej i drużynowej. W obydwu kategoriach stanęliśmy na podium, zajmując drugie miejsce. Cały Allianz Running Team pracował na ten wynik. Dziewczyny i chłopaki, pod okiem naszego niezastąpionego Trenera przez tygodnie pracowali na ten wynik. Komu by się chciało biegać w piątek, po pracy, albo wstać w niedzielę rano żeby zrobić długie wybieganie. Nam się chciało i mamy tego efekty. Trenerze, Drużyno, dziękuję! Allianz i Przyjaciele to jest to!